czwartek, 26 stycznia 2012

5. Zdrada...

  Rano obudził mnie mój ukochany znienawidzony budzik z komórki melodyjką ,,One Time'' Justina. Wstałam, wzięłam ciuchy do szkoły, umyłam się i włosy, wysuszyłam włosy, ubrałam się i zeszłam na dół na śniadanie.
 - Cześć mamo, cześć tato!
 - Cześć córciu. - odpowiedzieli równo.
 - A ja to co? - zapytał oburzony Cody.
 - A ty to żaba!
 - Ejjjj!!!!
 - Dobra już nie drzyj mordy, cześć żabo.
 - Cześć czarownico.
 - Co na śniadanie?? - zapytałam wielce głodna.
 - Jajecznica. - podała mi mama śniadanie z uśmiechem.
 - Dzięki.
   Zjadłam, ubrałam na siebie trampki i wyszłam do szkoły. Po drodze spotkałam nikogo innego jak Justina. Ale zaraz, zaraz... Co on robi?! Justin całuje jakąś barbie z naszej szkoły... O nie! To Ashley! Taka jedna krowa z naszej sq o której zapomniałam napisać.
 - J... Jus... Justin... Ty zajebany skurwysynu!!! Jak mogłeś! - krzyknęłam na niego przez łzy, obiegłam nich i skierowałam się do sq.
 - KATIE! TO NIE TAK JAK MYŚLISZ! - usłyszałam tylko za sobą. Nie stać go na coś więcej? Idiota... Wbiegłam do szkoły i od razu pobiegłam do klasy, usiadłam w ostatniej ławce i przez reszte lekcji sie do nikogo nie odzywałam, tylko wytłumaczyłam sytuacje przyjaciółkom i że musze to sama przemyśleć, a one jak to dobre przyjaciółki zrobiły mi kazanie i łaziły za mną przez cały dzień i plotkowały. Po sq pobiegłam do domu, rzuciłam sie na łóżko i zaczełam go wyklinać. Nawet nie zauważyłam, kiedy usnęłam... Śniły mi się zdjęcia Justina; te miłe i te wredne. Obudziłam się. Cały pokój był zasypany bratkami i były w nim bukieciki; bratki, różowe róże lub pierwiosnki. Skąd kurde ktoś wytrzasnął o tej porze roku pierwiosnki?! Nagle obok mnie wysunął się jakby spod łóżka Justin, klęczał.
 - Katie... Czy kiedyś mi to wybaczysz?
 - Nie! - krzyknęłam.
 - Cz... Czemu?
 - Nie obchodzi mnie, że jesteś gwiazdą! W dupie to mam! Jesteś uroczy i słodki, ale tylko przed kamerami! Naprawde jesteś pieprzonym chamem i masz serce jak z lodu! Wynocha!
 - Nie odejde dopóki mi nie wybaczysz... - powiedział lekko zdenerwowany.
 - No to spędzisz tu reszte życia!
 - Ok. Byle blisko ciebie... - próbował rozładować atmosfere.
 - Wypieprzaj stąd! Już!
 - Nie. Nie odejde, dopóki mi nie wybaczysz!
 - Co tu się dzieje?! - wszedł mój wybawiciel, czyli tata.
 - Tato... Weź go stąd... Błagam...
 - Co zrobiłeś mojej córce gadzie?! - tata podniósł Justina za koszulke.
 - Po prostu go stąd weź... - powiedziałam przez łzy.
 - Wynocha! - tata zaciągnął Justina... Bimbera za drzwi. - I jeśli jeszcze raz cię tu zobacze to pożałujesz! - krzyczał tata z dołu. - Jak się czujesz Kati...? - powiedział z troską, gdy wrócił.
 - Wolałabym zostać sama...
 - Dobrze. Jakbyś czegoś potrzebowała to masz mnie i mame... Na Codiego nie masz co liczyć. - tata doprowadził mnie do delikatnego uśmiechu.
 - Dziękuje... - szepnęłam i usnęłam sobie. Śnił mi się Justin całujący się z tą barbie... Obudził mnie mój kochany budzik w komróce... ,,One time''?! Już dawno to powinnam zmienić. Szybko zmieniłam budzik na  ,, Never gonna be alone'' Nickelback'a i powlekłam się na dół.
 - Katie! Co ci się stało?! - krzyknęłam przerażona mama. - Jesteś blada jak duch! Co się stało?!
 - To przez Justina... - powiedział za mnie mój wybawiciel (nadal tata).
 - Nie idziesz dziś do szkoły. Jesteś chora... - powiedziała mama.
 - Chyba psychicznie... - mruknęłam sama do siebie.
 - To jest możliwe... - powiedziałam znów mama.
 - Czarownico! Staciłaś swoją moc?! Haha! Nie jestem już żabą! - powiedział uradowany Cody.
 - Cody! Zostaw siostrę! - krzyknął tata. - Jest załamana, a ty dziś na śniadanie dostajesz płatki kukurydziane.
 - Ooo...
 - Marsz do pokoju się ubrać i ogarnąć. - powiedział stanowczo tata. - Chcesz śniadanie Kati? - powiedział opiekuńczo mój wybawiciel.
 - Nie... Ide jeszcze spać...
 - Dobrze... Ja zostaje dziś w domu... - powiedziała mama.
   Zrobiłam to co mówiłam; poszłam spać...
   Po obudzeniu nic nie czułam. Moje wszystkie emocje wyparowały; miłość do rodziców, rodziny, przyjaciółek, nienawiść do brata, wściekłość i ból po Justinie, wściekłość na Liliane... Po prostu nie czułam żadnych emocji. Dziwne uczucie, ale dobre dla mnie w tej chwili. Nie musiałam po nim płakać. I szczerze, nawet nie chce mi się go wyklinać ani nic na niego mówić. Po prostu moja bajka związana z nim skończyła się. To koniec! Dobra, trzeba żyć dalej. OMG czy ja zaczynam to opłakiwać?! NIE! Która godzina...?Hmmm... 14:00. Za pół godziny moja klasa kończy lekcje. Trzeba się jakoś ogarnąć i zaprosić dziewczyny żeby mi dały lekcje. No więc tak. Poszłam do kibelka (wiadomo po co), wzięłam szybki i orzeźwiający prysznic, umyłam włosy, wysuszyłam włosy, umyłam zęby, ubrałam na siebie rurki po domu i koszulke z Myszką Miki. Makijaż czy bez... Makijaż czy bez... Ah! Dupa mnie makijaż! Po cholere mi on skoro (chyba) dzisiaj nigdzie nie ide. Zeszłam na dół. Mama siedziała w kuchni, piła kawe i czytała gazete.
 - Cześć mamo.
 - Cześć córciu. Jak się czujesz? - zapytała opiekuńczo.
 - Sama nie wiem. Nic nie czuje, ale nie ważne. Zgaduje, że tata w pracy, a gdzie Cody??
 - U kolegi. Nie chciałam żeby ci przeszkadzał... Chcesz coś zjeść??
 - Nie. Albo... Tak, zrobie sobie płatki z mlekiem.
 - Jak chcesz to ja moge ci zrobić...
 - Nie. Nic mi nie jest. Wczoraj ani dziś nic się nie stało. To wszystko minęło. Albo nawet tego nie było.
 - Jak wolisz... Słuchaj jak pójde po Codiego to popilnujesz obiadu?
 - Ok.
 - Aha. Jeszcze jedno. Jak pójde po Codiego to zostane tam z pół godzinki. Jak tata wróci to po mnie zadzwoń, ok? I jakby się coś działo, to też po mnie dzwoń.
 - Ok. Mogę zjeść płatki przed TV??
 - Możesz.
 - Dzięki.
   Zaczęłam pochłaniać, mimo że nie byłam głodna. Ale nie! Nie mogę się zagłodzić. Zjadłam moje płatki i poszłam zadzwonić po dziewczyny. Nawet nie pytałam mamy. I tak by mi pozwoliła przez moją sytuację.
 - Halo? - odebrała Kornelia.
 - Cześć skończyłyście lekcje??
 - Tak, a co?
 - Jesteś jeszcze z Caroline?
 - Tak. Czemu cie w szkole nie było?
 - Później wam powiem. Wbijacie do mnie dać mi lekcje??
 - Ohhh... Myślałam, że na impre. Ale ok. Zaraz będziemy. Pa.
 - No nara.
 - Mamo. Za chwile do mnie przyjdą Koreczek (Kornelia) i Lolcia (Caroline) dać mi lekcje.
 - Zgoda.
 - A kiedy idziesz po Codiego?
 - Za jakieś 2 godziny.
 - Aha. Ok. Idę do siebie.
 - Dobrze, pa.
   Weszłam na twita, oto opis Justina ,,Smutek i rozczarowanie... Błagam wybacz mi'' Aha... - oto była moja odpowiedź w myślach. Nie będe ustawiała opisu. Bo po co? Weszłam na FB, tam JB ma ten sam opis. To mu nic nie da. Weszłam na NK. O! 2 nowe wiadomości! Hmmm... Zaproszenie do gry i ... zaprosznie do znajomych.. Ale kto to jest KiDrAuHl1394. Chwila... Data urodzenia JB :1.3.94r. Kurde i jeszcze to jego nazwa. To on... A co mi tam. Akceptuj. KiDrAuHl1394 dostępny. Nie mam ochoty z nim gadać. Wylogowałam się i zobaczyłam na mojego ulubionego bloga o rybach... Hmmm... Co tu się nowego działo... Nowa akcja przeciw łowieniu ryb... Hmmm... Dołącz do akcji... Co jeszcze...3 nowi użytkownicy: ZłotaRybciaaA123, BańkaBańkaLOL i kufa! KiDrAuHl1394. No ja piernicze! Ciekawe kto się dołączył do mojej akcji ,,Ratujmy rybki!'' Chodzi w niej o to, żeby mniej było zanieczyszczeń w wodzie. O! 5 nowych użytkowników... Bojowniczek001, Złotka71, HankaRybolek1, TwojaŻaróweczkaNR1 i ja piernicze KiDrAuHl1394. Dobra. Spoko. Przynajmniej uratujemy więcej rybek. Nie? Ding, dong! z zamyśleń obudził mnie dźwięk dzwonka. To zapewne dziewczyny... Tak to były one. Błagam żby tylko mnie nie zaczęły pocieszać. Brrr...
 - Siemka! - krzyknęła jak zawsze uradowana Koreczek XD.
 - Cześć. - krzyknęłam już troche spokojniej Lolcia.
 - Cześć baby. Chodźmy do pokoju. - powiedziałam prosto. Kurde, dziwne jest niewyrażanie uczuć.... To takie nowe uczucie jak dla mnie... Dziewczyny dały mi lekcje i zaczęłyśmy gadać...

wtorek, 17 stycznia 2012

4. Wspaniały początek...

***oczami Katie***
   Posiedzieliśmy jeszcze chwile, a potem Justin powiedział, że musi iść. Na odchodne powiedział mi: ,,Słowa, które zaraz powiem nie mówie byle komu... Kocham cię'' - po czym dał mi buziaka i poszedł.
 - On się chyba na serio zmienił... - szepnęłam sama do siebie.
 - Mogę wejść kotku? - mama.
 - Niom wchodź.
 - Jak się czujesz?
 - Już lepiej. A gdzie tata?
 - Nie mogą narazie 2 osoby naraz wchodzić. Tata będzie po mnie. - posłała mi uśmieszek.
 - Aha.
 - Jak tamci sie układa z Justinem?
 - Mamoo...
 - Przepraszam, przepraszam...
   Posiedziałyśmy chwile, potem tata przyszedł. I tak spędziłam kolejne 2 dni w szpitalu... Hmmm... Dziś ze mną wszyscy wyjątkowo długo siedzieli. Lekarz mi zmienił kroplówke i usnęłam...
   Obudziłam się. Siedzieli przy mnie ; Caroline, Kornelia, mama, tata i Chris.
 - Katie!!! - krzyknęli, gdy otworzyłam oczy.
 - Cześć... Gdzie Justin?
 - Nie mógł niestety przyjść... - powiedział smutno i nerwowo Chris.
 - Jak się czujesz? - zapytał tata.
 - A co się stało, że was wszystkich wpuścili?
 - Jesteś 2 dni po operacji. Później będą badania, czy nie masz czegoś uszkodzonego, ale na pierwszy rzut oka jest ok. - tłumaczyli mi na zmiane.
 - Chwila! Czemu ja nic nie wiedziałam o operacji??
 - Bo nerwy z tym związane mogły poprowadzić do utrudnienia operacji.
 - A czemu 2 dni?
 - Tyle leżałaś w śpiączce.
 - Aha...
 - Posiedzieliśmy tak jeszcze chwilke i został tylko Chris, bo go poprosiłam.
 - Chris... Wiesz coś o czym ja nie wiem? Chodzi o Justina... W trakcie rozmowy byłeś podenerwowany i speszony.
 - Katie. Justin miał wypadek...
 - Co?
 - Staranowały go fanki.
 - Nic mu nie jest?
 - Nie. Jak narazie jest ok. Jest bardzo poobijany, nie stwierdzono u niego narazie wstrząsu mózgu.
 - Narazie?
 - No tak. Lekarz powiedział, że takie coś się ujawnia dopiero parę dni później.
 - Gdzie on jest?
 - W sali nr 45.
 - Czyli obok mnie!!! Ja mam 46! Ide do niego.
 - Czekaj. Poprosze lekarza, żeby ci odczepił te wszystkie urządzenia.
 - Ok. Dzięki i szybko.
   Lekarz mnie odczepił od tego dziadostwa i poszłam do Justina.
 - Katie! Jak miło cie widzieć.
 - Mi ciebie też. - przytuliłam go.
   Pogadaliśmy i poszłam do siebie.
Po paru dniach wyszliśmy (ja i JB) ze szpitala. Niby wszystko zapowiadało się dobrze. Dogadywaliśmy się z Justinem. Zaczęło między nami nawet iskrzyć. Aż do pewnego dnia...

niedziela, 15 stycznia 2012

3. Chora...

 - Katie... Katie... Wstawaj. - budził mnie tata. On zawsze mnie budzi osobiście, a nie wołaniem z kuchni.
 - Co...
 - Wstawaj.
 - Która godzina?
 - 6:45. Za chwilę z mamą wyjeżdżamy do pracy. Chcesz iść dziś do szkoły?
 - Chcieć to zawsze nie chce...
 - A jak się czujesz? Wstań zmierze ci temaperature. - usiadłam.
 - Ale mnie głowa boliii...
 - Jesteś cała czerwona. Hmmm... Masz 37 i 2 stopni. Nie idziesz dziś do szkoły. My musimy iść do pracy. Opiekunka dziś będzie.
 - Nie.
 - Co nie?
 - Nie lubie jej. Cody jest jej ulubieńcem, a ona mnie nie znosi.
 - Ok. To dzwonie po Justina. - powiedział wychodząc.
 - Nie... - jęknęłam, ale on mnie już nie słyszał. - Cholera. Ale mnie łeb boliii... ;( - usnęłam sobie.

 - Katie. Katie. Wstawaj.
 - Co znowu. - mruknęłam wtulając twarz w poduche.
 - Wstawaj jest 12. Musisz coś zjeść.
 - Nieee...
 - Tak chodź. Pomogę ci. Aha, jedziemy dziś do lekarza. Twoi rodzice mi zrobili listę i dali twoje klucze.
 - Ktoś ty? - powiedziałam nie odczepiając głowy od poduszki.
 - Hmmm... Może mnie poznasz... Yeah men!
 - Justin nie krzycz...
 - Wiedziałem... Chodź... - wziął mnie na ręce i zeszliśmy na dół. Opiekunka tam siedziała i popijała herbatke.
 - Co wy robicie? Jesteście na to za młodzi!
 - Daj spokój i nie krzycz. - powiedział JB zakrywając mi uszy. - Jest chora. Tylko ją obudziłem. Musi coś zjeść, bo jedziemy za chwile do lekarza. A ty nami nie rządź, bo jesteś starsza tylko o 3 lata.
 - Ehh! Ta dzisiejsza młodzież...
 - Sama rok temu nią byłaś. Chodź Katii. - podprowadził mnie kanapy w salonie i mnie na niej położył. - Czekaj zaraz wracam.
 - Nooo...
   Justin mi przyniósł ciepłą herbatke i małą kanapke.
 - Jak będziesz chciała to mów zrobie więcej. - zjadłam z marudzeniem, potem JB posprzątał, a ja próbowałam sama wejść po schodach. Znalazł mnie w połowie. - Ej Kattuś. - wziął mnie na ręce i zaniósł na łóżko do pokoju. - Co by ci tu ubrać...?
 - Sama sobie poradzę...
 - Albo raczej ubierzesz skarpetki do sandałów. Hmmm... Te dresy rurki. Ta luźna bluzka i... ta bluza...
 - Jest dziś 30 stopni.
 - Raczej ty tyle masz. Ubieraj.
 - Inne spodnie...
 - No to masz te rurki. Czekaj pomogę ci. Masz... Uhhuuu! Stringi!
 - Ehem! - chrząknęłam.
 - Yyy... Ok. Masz tu ... wow... majtki, stanik i skarpetki idź się buierz do łazienki ja czekam. - ledwo się ubarałam, położyłam się na zamkniętym kibelku.
 - Katii... Ty matołku... - Dr. Bieber (XD) mnie podniósł i zaniósł na łóżko. Byłam w samej bieliźnie. Pomógł mi się ubrać i zabrał mnie na dół, a potem do swojej limuzynki. Hehe:D Usnęłam sobie. Poczułam jak mnie przenosi do przychodni. Zarejestrował mnie, usiadł i położył mnie na sobie jakbym była małym dzieckiem.
 - Panna Whilson!
 - Chodź Katie. Twoja kolej.

 - Dobrze może pan wyjść.
 - Ona sobie sama nie poradzi.
 - Mhmm... Dobrze. Co jej dolega?
 - Ma gorączke, jest słaba, sama ledwo się porusza, boli ją głowa. Hmmm... To chyba tyle. Aha. Wczoraj zasłabła na lekcji. A w domu zemdlała.
 - To chyba będzie...
 - Justin nie dobrze mi...
 - Tam jest toaleta. - lekarz pokazał wc dla pracowników, pozwolił nam.  Zrobiłam to co musiałam. <<<nie napisze więcej, bo właśnie jem obiad :D>>> Wróciliśmy. - Proszę. Mokre chusteczki bez zapachowe.
 - Dziękuje za Katie.
 - Proszę. Myślę, że to jest (******) - to było jakieś trudne słowo. - To niezaraźliwa choroba. Spokojnie.
 - Aha.
 - Proszę tu recepta... A na tej kartce będzie wszystko zapisane jak, co i kiedy zażywać. Leki proszę kupić natychmiast, żeby choroba się nie nasiliła.
 - Dobrze. Dziękujemy. Dowidzenia.
 - Oby nie...
 - Co?
 - No chodzi mi oto, żebyśmy się jak najmniej spotykali. No, żeby żadne z was nie chorowało.
 - Aha. Dobrze. Yyyy. Żegnam...?
 - Żegnam...
   Popędziliśmy do apteki, JB kupił to co trzeba i zawiózł mnie do domu. Była 14:15. Dał mi lekarstwa i położył mnie spać...
   Obudziłam się wtulona  w coś, lub kogoś. Domyślacie się, że to był JB.
 - Jak się spało? - zapytał opiekuńczo.
 - A ty co taki nagle miły? - zapytałam hamsko, odunął się troche ode mnie. - Nie nudzi ci się opieka nade mną?
 - Nie.
 - Taaa... Chcesz poprstu mnie w sobie rozkochać, przelecieć, a potem zostawić i o mnie zapomnieć. Jak tak to ma być to lepiej sobie daruj! - opieprzyłam go.
 - Dobra. Jak tak stawiasz sprawe to żegnam. O mojej pomocy możesz zapomnieć! - wyszedł z trzaskaniem drzwi.
 - Co ja narobiłam... - westchnęłam i poszłam na dół. Zchodziłam po schodach i zobaczyłam jak Justin ubierał buty. Poślizgnęłam się i stoczyłam się po schodach. Wszystko mnie zaczęło boleć.
 - Mówiłem, że ci nie pomoge. - usłyszałam oddalający się głos Justina i trzaśnięcie drzwiami.
*** oczami Justina***
 - Nie noo. Nie moge jej tak zostawić. Ale jestem na nią wściekły. Ehh... - gadałem sam do siebie. - Wiem. Pomoge jej i pójdę wściekły. No i zadzwonie po jej psiapsiółeczke.
   Gdy wszedłem do jej domu zobaczyłem ją leżącą z przymkniętymi oczami. Nie była zakrwawiona. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem na kanape. Zadzwoniłem z jej komórki do jej przyjaciółeczki Carolinki. Odebrała po jednym sygnale. Jak się okazało była u niej też Kornelia.
 - Cześć Katii! Co jest?
 - Tu Justin przychodźcie do domu Katie. Coś jej jest.
 - Co?! Już idziemy!
   Przyszły po 5 minutach.
 - Coś ty jej zrobił!?
 - Nawet nie wiecie gdzie jest i co jej się stało.
 - No to mów!!! - krzyczały na mnie na zmiane.
 - No bo... - opowiedziałem im wszystko.
 - Trzeba było od razu jej pomóc!
 - A wy teraz? Gadacie zamiast jej pomagać!
 - No dobrrraaa... Ale się czepiasz... Phy!
   Nic nie odpowiedziałem tylko pobiegłem po samochód, a dziewczyny ją pakowały. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem na tylnie siedzenie...

Coś mi nie pasi to odpowiadanie, więc je kończe i zaczynam noweXD

środa, 11 stycznia 2012

2. Znowu obrót spraw...

 - Co wy tu robicie!? - krzyknęła mama.
 - Mamo! Miałaś wrócić z tatą.
 - Mój kolega miał mały wypadek przy pracy i dla bezpieczeństwa odesłali wszystkich do domów. A wy? Czemu nie w szkole?
 - No bo się słabo poczułam i nauczyciel kazał Justnowi mnie przyprowadzić do domu. Zaopiekował się mną, ja zemdlałam i ... dalej nie pamiętam...
 - Sprawdzałem jej puls i jej serce nie biło, ale jak się obudziła to powiedziała, że w złym miejscu sprawdzałem no i... Katie dokończ. To twoja mama...
 - Tchórz... No i jakoś tak wyszło i ty wróciłaś...
 - Dobra, dobra. Mniej więcej rozumiem. Nie ważne. Zapomnijmy o tym. Katie chodź zmierzę ci temperaturę, a Justin jak chcesz to włącz telewizor, a ja zaraz wam przygotuje obiad.
   Mama mi zmierzyła temperaturę, sprawdziła inne takie tam... <<<była na 3 roku studiów medycznych, ale zrezygnowała>>>
 - Hmmm... Jesteś odwodniona. Jak nie chcesz jechać do szpitala, to pij duuużooo.
 - Ale później będe chodziła co chwile do toalety!
 - Trudno! Szpital czy toaleta?
 - Toaleta...
 - No to masz. - podała mi szklankę wody ze studni. Gdy wypiłam podała mi kolejną, i jeszcze jedną. Potem dała mi herbatkę, potem drugą herbatkę. I jeszcze sok. - No chyba narazie powinno wystarczyć. - popatrzyłam na rozbawioną mine Justina.
 - A ciebie co tak jara? - zapytałam ze wściekłością, nie to nie była wściekłość. To było takie dziwne uczucie... Dawno zapomnianej przyjaźni... Kurde! Co ja pieprze! - Bawi cię to?? To masz! - ostawiłam przed nim 3 szklanki; sok, woda ze studni i inny sok. - Powodzenia. Masz to wypić! 3... 2... 1... START! - jak na zawołanie zaczął pić. Z 3 szklanką już mu tak łatwo nie było.
 - Dobra... wygrałem.
 - O nie, nie. Ja wypiłam 6 szklanek, a ty dopiero 3. - postawiłam mu 1 szkalnkę z herbatą. - No dalej... - ledwo wypił 4. Zaczął 5 szkalnkę z sokiem. Jest w połowie.
 - Ehh... No dobra, a jak powiem, że się poddaje i, że wygrałaś to dasz mi spokój??
 - No ok.
 - To super, gdzie masz toalete??
 - Najpierw się przyznaj!
 - Najpierw toaleta!
 - Najpierw się przyznaj!
 - Najpierw toaleta! - posłałam mu cwaniacki uśmieszek i puściłam wodę z kranu i przelewałam z szklanki do szklanki wodę. - No dobra! Poddaję się! Wygrałaś! Gdzie jest kibelek?!
 - Tam. - pokazałam mu odpowiednią strone. Po chwili usłyszałam ciche ,,aaahhh'' XD!
 - OMG?! Co on tam robi? - szepnęłam sama do siebie. Po chwili wyszedł Justin. - Coś ty tam robił chłopie?
 - A jak myślisz? - objął mnie rękoma w pasie.
 - Umyłeś chociaż ręce?
 - Yyyy... Poczekaj. - wyrwałam się od niego.
 - Czyli jednak nie...
 - Nie! To nie to! Zostawiłem tam komórke! Aaa tam co ja będe kłamał! Zaraz wracam.
 - Taka gwiazdka, a podstaw higieny nie zna...
 - Słyszałem!
 - I dobrze.
 - To też słyszałem!
 - Wiem! Cieszy mnie to!
   Wyszedł z łazienki.
 - To co robimy? - zapytał.
 - A nie wracasz do domu? Masz 5 i pół metra do domu. Dosłownie! Liczyłam kiedyś.
 - Ooo... Mrrr...
 - Chyba raczej grrr... To pa! - zaczęłam iść na góre, popatrzyłam za nim. Stał i robił oczy kota w butach ze Shreka. - Ohh... No dobra chodź do mnie. - wyszczerzył całe białe uzębienie i poszedł za mną.
 - Fajny pokoik!
 - Wiem - uśmiechnęłam się uroczo i zadziornie. Wyszczerzył zęby i zbliżył się do mnie. - Ej! Chcesz żeby było tak jak przed chwilą  z moją mamą?
 - Szczerze... Nie obchodzi mnie to. - zaczął mnie całować.
 - NIE! Znam cie! Ty się mną pobawisz i mnie zostawisz dla jakiejś innej. Pa.
 - Ale...
 - Pa!
 - Będziesz jutro w szkole?
 - Zobaczymy. PA!
 - Ok. Pa złotko.
 - Spierdalaj dziadu... - powiedziałam wkurzona nie na żarty. Byłam zmęczona. Chociaż była dopiero 18. Poszłam do łazienki, wykąpałam się, umyłam włosy i poszłam spać...

poniedziałek, 9 stycznia 2012

1. Obrót spraw...

 - Katie, pobudka! - usłyszałam głos mamy z dołu.
 - Już wstaję!
   Obudziłam się i jak co rano popatrzyłam na plakaty Justina Biebera w moim pokoju, codzień patrzyłam na nie z miłością, dziś z lekkim obrzydzeniem ,,No nic, może się źle czuję'' pomyślałam. Poszłam wziąć prysznic, wymyłam żeby, ubrałam na siebie czarne leginsy, szarą tunikę z krótkim rękawem i fioletowe błyszczące bolerko.
 - Co na śniadanie? - zapytałam.
 - Przepraszam. Dzisiaj nie zdążyłam wam zrobić śniadania. Za późno się obudziłam. Zrób sobie i bratu śniadanie i odprowadź go do szkoły, o opiekunka zachorowała. Muszę już jechać do pracy. Papa! - powiedziała. - Nie zapomnij obudzić brata! - dodała na odchodne.
 - Taa... Pa. - zamruczałam sobie pod nosem. Przygotowałam na śniadanie zimne mleko z platkami kukurydzianymi. Przyszedł mój brat, Cody.
 - Ej! Gdzie mama i gdzie są moje płatki czekoladowe?! - zapytał oburzony.
 - Mama w pracy, a płatki są tylko kukurydziane. I tak już jesteś za gruby!
 - To zrobię głodówke!
 - A proszę! Nikt ci nie broni! I tak pękniesz... - powiedziałam po czym zaczęłam jeść. Nie mlaskałam ani nie zachwycałam się jedzeniem, nie miałam siły droczyć sie z moim bratem. - Zjedz to proszę. Nie mam dziś siły do niczego.
 - A mleko mogę posłodzić cukrem?
 - Nooo...
   Po śniadaniu Cody poszedł się przygotować do szkoły, a ja mu robiłam śniadanie.
 - Cody! Rusz się, bo się zpóźnimy!
 - Ideee!
   Dziś ubrałam cienki płaszczyk wiosenny i ładne półbucikiXD Całą drogę do szkoły szliśmy w ciszy. Jego szkoła była po drodze do mojej.
 - To nara. - rzucił szybko.
 - No narka.
   Gdy dochodziłam do szkoły czekała tam na mnie Caroline i Kornelia. A po drugiej stronie wejścia puszczał mi oczko Justin z kolegami i gwizdali na mój widok. Nie zwracałam na to uwagi.
 - Cześć! - krzyknęły do mnie.
 - Siemka.
 - No to co laska. Masz dzisiaj czas dla gwiazdorka...? - objął mnie od tyłu JB, normalnie bym powiedziała tak...
 - Nie! Spadaj gnojku. - mina dziewczyn wyglądała tak: O_o?!?! WTF?!?! Odeszłam od niego, a dziewczyny za mną. Lekcje minęły dość nudno. Nie miałam dzisiaj siły uważać.
 - Panno Katie. Co się stało, że taka pilna uczennica dziś nie uważa na lekcjach? <<<zapomniałam dodać, że jestem kujonem, ale fajnym, daję ściągać, ludzie lubią mnie też za charakter>>>
 - Mmm... Sama nie wiem. Przepraszam. Już będe uważać.
 - Mhmm... - nauczyciel dziwnie się na mnie popatrzył tak jak reszta klasy, ale po chwili zajęli się lekcją<<<co ja wygaduję tylko parę osób uważało na lekcji>>> Po chwili nauczyciel zobaczył jaka jestem blada.
 - Kto mieszka najbliżej Katie?
 - To ja proszę pana. Mieszkam obok niej. - powiedział JB.
 - Dobrze. Justin jesteś dziś zwolniony z reszty lekcji. Idź z Katie do domu i się nią zaopiekuj dopóki nie przyjdą jej rodzice.
 - Ok. - powiedział i zaczął mnie pakować. Wziął mój plecak na plecy, a mnie jakoś podniósł z krzesła. Zobaczył, że ledwo na nogach się trzymam, więc wziął mnie na ręce. Poszliśmy do mnie.
 - Masz klucze?
 - Mam. - powiedziałam ledwo żywa.
 - Gdzie?
 - W plecaku.
   Otworzył drzwi i położył mnie na kanapie, włączył TV i poszedł do kuchni. Przyniósł mi z kuchni wodę, sok, 2 kanapki; jedna z serkiem białym i ze szczypiorkiem, a druga z serkiem żółtym i pomidorkiem.
 - Do wyboru do koloru! - powiedział z miłym i opiekuńczym wyrazem twarzy. Chyba poraz pierwszy tak na mnie spojrzał odkąd uderzyła mu do głowy woda sodowa przez gwiazdorstwo.
 - Dziękuje. - wymamrotałam tylko, bo nie miałam siły się z nim przedrzeźniać tak jak rano z bratem.
 - Proszę... Nie wiesz kiedy wrócą twoi rodzice?
 - Nie wiem...
 - A brat?
 - Po szkole idzie dziś do kolegi na noc dlatego wziął drugi plecak.
 - A rodzice około której wrócą?
 - Pewnie około 17, może 18.
 - Ahha... - posłał mi cwaniacki uśmieszek i zaczął mnie całować i dobierać mi się do bluzki.
 - Spadaj cioto... - kopnęłam go w krocze.
 - Chyba należy mi się coś za pomoc.
 - Jak tak to ma wyglądać to sama bym sobie poradziła... - i stała się ciemność...

   Obudziłam się sama w domu, obok siedział Justin, który był blady jak ściana. Popatrzył na mnie swoimi cudnymi, brązowymi oczami.
 - Ty żyjesz?!
 - Nooo... Wiem. Niezbyt pocieszająca wiadomość. Ale nie martw się w domu jest dużo urządzeń zdolnych do zabicia.
 - Nie! Ja tylko... No bo... Tobie serce nie biło...
 - A gdzie sprawdzałeś bicie serca?
 - No ten... Nie chciałem cie po cyckach macać. Więc ci sprawdzałem puls na szyi...
 - W tym miejscu (pokazał mi na gardło).
 - Ty idioto to się sprawdza tu... (pokazałam mu odpowiednie miejsce). - zbliżyliśmy sie do siebie no i oczywiście pokazowy koniec rozdziału. BUZIAK!
 - Co wy tu robicie!? - krzyknęła mama. CDN...

Hehe! Niezły moment sobie wybrałam, co nie ?XD

niedziela, 8 stycznia 2012

Prolog...

   Jestem Katie i mam 17 lat. Mam 2 najlepsze przyjaciółki Caroline i Kornelia (ona jest z Polski). Ja i Caroline mieszkamy w Kanadzie od urodzenia. Kornelia od podstawówki. Przyjaźniłyśmy się z jednym dość biednym chłopakiem, którego wychowywała tylko jego mama. Ma na imię Justin <<<to było do przewidzenia:P>>> Nadal chodzi z nami do tego samego liceum, do tej samej klasy. Ale jest teraz super gwiazdą. Ponieważ był moim przyjacielem, jestem jego fanką, moje przyjaciółki też. Jets teraz chamski i nie zwraca na nas uwagi, ale to nic. Pewnego dnia sprawy obracają się o 180 stopni.

Hello. To jest mój drugi blog, pierwszy to ten: http://bieberovaaa.blogspot.com/ . Zaczęłam drugi... W sumie to nie wiem po co. Może dlatego, że mam dużo pomysłów na nowe posty, które nie pasują do tamtego bloga? Sama nie wiem...:D