niedziela, 15 stycznia 2012

3. Chora...

 - Katie... Katie... Wstawaj. - budził mnie tata. On zawsze mnie budzi osobiście, a nie wołaniem z kuchni.
 - Co...
 - Wstawaj.
 - Która godzina?
 - 6:45. Za chwilę z mamą wyjeżdżamy do pracy. Chcesz iść dziś do szkoły?
 - Chcieć to zawsze nie chce...
 - A jak się czujesz? Wstań zmierze ci temaperature. - usiadłam.
 - Ale mnie głowa boliii...
 - Jesteś cała czerwona. Hmmm... Masz 37 i 2 stopni. Nie idziesz dziś do szkoły. My musimy iść do pracy. Opiekunka dziś będzie.
 - Nie.
 - Co nie?
 - Nie lubie jej. Cody jest jej ulubieńcem, a ona mnie nie znosi.
 - Ok. To dzwonie po Justina. - powiedział wychodząc.
 - Nie... - jęknęłam, ale on mnie już nie słyszał. - Cholera. Ale mnie łeb boliii... ;( - usnęłam sobie.

 - Katie. Katie. Wstawaj.
 - Co znowu. - mruknęłam wtulając twarz w poduche.
 - Wstawaj jest 12. Musisz coś zjeść.
 - Nieee...
 - Tak chodź. Pomogę ci. Aha, jedziemy dziś do lekarza. Twoi rodzice mi zrobili listę i dali twoje klucze.
 - Ktoś ty? - powiedziałam nie odczepiając głowy od poduszki.
 - Hmmm... Może mnie poznasz... Yeah men!
 - Justin nie krzycz...
 - Wiedziałem... Chodź... - wziął mnie na ręce i zeszliśmy na dół. Opiekunka tam siedziała i popijała herbatke.
 - Co wy robicie? Jesteście na to za młodzi!
 - Daj spokój i nie krzycz. - powiedział JB zakrywając mi uszy. - Jest chora. Tylko ją obudziłem. Musi coś zjeść, bo jedziemy za chwile do lekarza. A ty nami nie rządź, bo jesteś starsza tylko o 3 lata.
 - Ehh! Ta dzisiejsza młodzież...
 - Sama rok temu nią byłaś. Chodź Katii. - podprowadził mnie kanapy w salonie i mnie na niej położył. - Czekaj zaraz wracam.
 - Nooo...
   Justin mi przyniósł ciepłą herbatke i małą kanapke.
 - Jak będziesz chciała to mów zrobie więcej. - zjadłam z marudzeniem, potem JB posprzątał, a ja próbowałam sama wejść po schodach. Znalazł mnie w połowie. - Ej Kattuś. - wziął mnie na ręce i zaniósł na łóżko do pokoju. - Co by ci tu ubrać...?
 - Sama sobie poradzę...
 - Albo raczej ubierzesz skarpetki do sandałów. Hmmm... Te dresy rurki. Ta luźna bluzka i... ta bluza...
 - Jest dziś 30 stopni.
 - Raczej ty tyle masz. Ubieraj.
 - Inne spodnie...
 - No to masz te rurki. Czekaj pomogę ci. Masz... Uhhuuu! Stringi!
 - Ehem! - chrząknęłam.
 - Yyy... Ok. Masz tu ... wow... majtki, stanik i skarpetki idź się buierz do łazienki ja czekam. - ledwo się ubarałam, położyłam się na zamkniętym kibelku.
 - Katii... Ty matołku... - Dr. Bieber (XD) mnie podniósł i zaniósł na łóżko. Byłam w samej bieliźnie. Pomógł mi się ubrać i zabrał mnie na dół, a potem do swojej limuzynki. Hehe:D Usnęłam sobie. Poczułam jak mnie przenosi do przychodni. Zarejestrował mnie, usiadł i położył mnie na sobie jakbym była małym dzieckiem.
 - Panna Whilson!
 - Chodź Katie. Twoja kolej.

 - Dobrze może pan wyjść.
 - Ona sobie sama nie poradzi.
 - Mhmm... Dobrze. Co jej dolega?
 - Ma gorączke, jest słaba, sama ledwo się porusza, boli ją głowa. Hmmm... To chyba tyle. Aha. Wczoraj zasłabła na lekcji. A w domu zemdlała.
 - To chyba będzie...
 - Justin nie dobrze mi...
 - Tam jest toaleta. - lekarz pokazał wc dla pracowników, pozwolił nam.  Zrobiłam to co musiałam. <<<nie napisze więcej, bo właśnie jem obiad :D>>> Wróciliśmy. - Proszę. Mokre chusteczki bez zapachowe.
 - Dziękuje za Katie.
 - Proszę. Myślę, że to jest (******) - to było jakieś trudne słowo. - To niezaraźliwa choroba. Spokojnie.
 - Aha.
 - Proszę tu recepta... A na tej kartce będzie wszystko zapisane jak, co i kiedy zażywać. Leki proszę kupić natychmiast, żeby choroba się nie nasiliła.
 - Dobrze. Dziękujemy. Dowidzenia.
 - Oby nie...
 - Co?
 - No chodzi mi oto, żebyśmy się jak najmniej spotykali. No, żeby żadne z was nie chorowało.
 - Aha. Dobrze. Yyyy. Żegnam...?
 - Żegnam...
   Popędziliśmy do apteki, JB kupił to co trzeba i zawiózł mnie do domu. Była 14:15. Dał mi lekarstwa i położył mnie spać...
   Obudziłam się wtulona  w coś, lub kogoś. Domyślacie się, że to był JB.
 - Jak się spało? - zapytał opiekuńczo.
 - A ty co taki nagle miły? - zapytałam hamsko, odunął się troche ode mnie. - Nie nudzi ci się opieka nade mną?
 - Nie.
 - Taaa... Chcesz poprstu mnie w sobie rozkochać, przelecieć, a potem zostawić i o mnie zapomnieć. Jak tak to ma być to lepiej sobie daruj! - opieprzyłam go.
 - Dobra. Jak tak stawiasz sprawe to żegnam. O mojej pomocy możesz zapomnieć! - wyszedł z trzaskaniem drzwi.
 - Co ja narobiłam... - westchnęłam i poszłam na dół. Zchodziłam po schodach i zobaczyłam jak Justin ubierał buty. Poślizgnęłam się i stoczyłam się po schodach. Wszystko mnie zaczęło boleć.
 - Mówiłem, że ci nie pomoge. - usłyszałam oddalający się głos Justina i trzaśnięcie drzwiami.
*** oczami Justina***
 - Nie noo. Nie moge jej tak zostawić. Ale jestem na nią wściekły. Ehh... - gadałem sam do siebie. - Wiem. Pomoge jej i pójdę wściekły. No i zadzwonie po jej psiapsiółeczke.
   Gdy wszedłem do jej domu zobaczyłem ją leżącą z przymkniętymi oczami. Nie była zakrwawiona. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem na kanape. Zadzwoniłem z jej komórki do jej przyjaciółeczki Carolinki. Odebrała po jednym sygnale. Jak się okazało była u niej też Kornelia.
 - Cześć Katii! Co jest?
 - Tu Justin przychodźcie do domu Katie. Coś jej jest.
 - Co?! Już idziemy!
   Przyszły po 5 minutach.
 - Coś ty jej zrobił!?
 - Nawet nie wiecie gdzie jest i co jej się stało.
 - No to mów!!! - krzyczały na mnie na zmiane.
 - No bo... - opowiedziałem im wszystko.
 - Trzeba było od razu jej pomóc!
 - A wy teraz? Gadacie zamiast jej pomagać!
 - No dobrrraaa... Ale się czepiasz... Phy!
   Nic nie odpowiedziałem tylko pobiegłem po samochód, a dziewczyny ją pakowały. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem na tylnie siedzenie...

Coś mi nie pasi to odpowiadanie, więc je kończe i zaczynam noweXD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz