- Katie... Katie... Wstawaj. - budził mnie tata. On zawsze mnie budzi osobiście, a nie wołaniem z kuchni.
- Co...
- Wstawaj.
- Która godzina?
- 6:45. Za chwilę z mamą wyjeżdżamy do pracy. Chcesz iść dziś do szkoły?
- Chcieć to zawsze nie chce...
- A jak się czujesz? Wstań zmierze ci temaperature. - usiadłam.
- Ale mnie głowa boliii...
- Jesteś cała czerwona. Hmmm... Masz 37 i 2 stopni. Nie idziesz dziś do szkoły. My musimy iść do pracy. Opiekunka dziś będzie.
- Nie.
- Co nie?
- Nie lubie jej. Cody jest jej ulubieńcem, a ona mnie nie znosi.
- Ok. To dzwonie po Justina. - powiedział wychodząc.
- Nie... - jęknęłam, ale on mnie już nie słyszał. - Cholera. Ale mnie łeb boliii... ;( - usnęłam sobie.
- Katie. Katie. Wstawaj.
- Co znowu. - mruknęłam wtulając twarz w poduche.
- Wstawaj jest 12. Musisz coś zjeść.
- Nieee...
- Tak chodź. Pomogę ci. Aha, jedziemy dziś do lekarza. Twoi rodzice mi zrobili listę i dali twoje klucze.
- Ktoś ty? - powiedziałam nie odczepiając głowy od poduszki.
- Hmmm... Może mnie poznasz... Yeah men!
- Justin nie krzycz...
- Wiedziałem... Chodź... - wziął mnie na ręce i zeszliśmy na dół. Opiekunka tam siedziała i popijała herbatke.
- Co wy robicie? Jesteście na to za młodzi!
- Daj spokój i nie krzycz. - powiedział JB zakrywając mi uszy. - Jest chora. Tylko ją obudziłem. Musi coś zjeść, bo jedziemy za chwile do lekarza. A ty nami nie rządź, bo jesteś starsza tylko o 3 lata.
- Ehh! Ta dzisiejsza młodzież...
- Sama rok temu nią byłaś. Chodź Katii. - podprowadził mnie kanapy w salonie i mnie na niej położył. - Czekaj zaraz wracam.
- Nooo...
Justin mi przyniósł ciepłą herbatke i małą kanapke.
- Jak będziesz chciała to mów zrobie więcej. - zjadłam z marudzeniem, potem JB posprzątał, a ja próbowałam sama wejść po schodach. Znalazł mnie w połowie. - Ej Kattuś. - wziął mnie na ręce i zaniósł na łóżko do pokoju. - Co by ci tu ubrać...?
- Sama sobie poradzę...
- Albo raczej ubierzesz skarpetki do sandałów. Hmmm... Te dresy rurki. Ta luźna bluzka i... ta bluza...
- Jest dziś 30 stopni.
- Raczej ty tyle masz. Ubieraj.
- Inne spodnie...
- No to masz te rurki. Czekaj pomogę ci. Masz... Uhhuuu! Stringi!
- Ehem! - chrząknęłam.
- Yyy... Ok. Masz tu ... wow... majtki, stanik i skarpetki idź się buierz do łazienki ja czekam. - ledwo się ubarałam, położyłam się na zamkniętym kibelku.
- Katii... Ty matołku... - Dr. Bieber (XD) mnie podniósł i zaniósł na łóżko. Byłam w samej bieliźnie. Pomógł mi się ubrać i zabrał mnie na dół, a potem do swojej limuzynki. Hehe:D Usnęłam sobie. Poczułam jak mnie przenosi do przychodni. Zarejestrował mnie, usiadł i położył mnie na sobie jakbym była małym dzieckiem.
- Panna Whilson!
- Chodź Katie. Twoja kolej.
- Dobrze może pan wyjść.
- Ona sobie sama nie poradzi.
- Mhmm... Dobrze. Co jej dolega?
- Ma gorączke, jest słaba, sama ledwo się porusza, boli ją głowa. Hmmm... To chyba tyle. Aha. Wczoraj zasłabła na lekcji. A w domu zemdlała.
- To chyba będzie...
- Justin nie dobrze mi...
- Tam jest toaleta. - lekarz pokazał wc dla pracowników, pozwolił nam. Zrobiłam to co musiałam. <<<nie napisze więcej, bo właśnie jem obiad :D>>> Wróciliśmy. - Proszę. Mokre chusteczki bez zapachowe.
- Dziękuje za Katie.
- Proszę. Myślę, że to jest (******) - to było jakieś trudne słowo. - To niezaraźliwa choroba. Spokojnie.
- Aha.
- Proszę tu recepta... A na tej kartce będzie wszystko zapisane jak, co i kiedy zażywać. Leki proszę kupić natychmiast, żeby choroba się nie nasiliła.
- Dobrze. Dziękujemy. Dowidzenia.
- Oby nie...
- Co?
- No chodzi mi oto, żebyśmy się jak najmniej spotykali. No, żeby żadne z was nie chorowało.
- Aha. Dobrze. Yyyy. Żegnam...?
- Żegnam...
Popędziliśmy do apteki, JB kupił to co trzeba i zawiózł mnie do domu. Była 14:15. Dał mi lekarstwa i położył mnie spać...
Obudziłam się wtulona w coś, lub kogoś. Domyślacie się, że to był JB.
- Jak się spało? - zapytał opiekuńczo.
- A ty co taki nagle miły? - zapytałam hamsko, odunął się troche ode mnie. - Nie nudzi ci się opieka nade mną?
- Nie.
- Taaa... Chcesz poprstu mnie w sobie rozkochać, przelecieć, a potem zostawić i o mnie zapomnieć. Jak tak to ma być to lepiej sobie daruj! - opieprzyłam go.
- Dobra. Jak tak stawiasz sprawe to żegnam. O mojej pomocy możesz zapomnieć! - wyszedł z trzaskaniem drzwi.
- Co ja narobiłam... - westchnęłam i poszłam na dół. Zchodziłam po schodach i zobaczyłam jak Justin ubierał buty. Poślizgnęłam się i stoczyłam się po schodach. Wszystko mnie zaczęło boleć.
- Mówiłem, że ci nie pomoge. - usłyszałam oddalający się głos Justina i trzaśnięcie drzwiami.
*** oczami Justina***
- Nie noo. Nie moge jej tak zostawić. Ale jestem na nią wściekły. Ehh... - gadałem sam do siebie. - Wiem. Pomoge jej i pójdę wściekły. No i zadzwonie po jej psiapsiółeczke.
Gdy wszedłem do jej domu zobaczyłem ją leżącą z przymkniętymi oczami. Nie była zakrwawiona. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem na kanape. Zadzwoniłem z jej komórki do jej przyjaciółeczki Carolinki. Odebrała po jednym sygnale. Jak się okazało była u niej też Kornelia.
- Cześć Katii! Co jest?
- Tu Justin przychodźcie do domu Katie. Coś jej jest.
- Co?! Już idziemy!
Przyszły po 5 minutach.
- Coś ty jej zrobił!?
- Nawet nie wiecie gdzie jest i co jej się stało.
- No to mów!!! - krzyczały na mnie na zmiane.
- No bo... - opowiedziałem im wszystko.
- Trzeba było od razu jej pomóc!
- A wy teraz? Gadacie zamiast jej pomagać!
- No dobrrraaa... Ale się czepiasz... Phy!
Nic nie odpowiedziałem tylko pobiegłem po samochód, a dziewczyny ją pakowały. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem na tylnie siedzenie...
Coś mi nie pasi to odpowiadanie, więc je kończe i zaczynam noweXD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz