czwartek, 1 marca 2012

7. Rozdział...

 - Katie!? Justin?! Co ty tu robisz zdrajco?! Taaatooo! - Cody pobiegł po tate. - Maaamooo! - i mame.
 - O ja piernicze... Mam przerąbane... - JB nic nie powiedział tylko ubrał koszulke, usiadł koło mnie, położył mi książkę na kolanach i przytulił mnie.
 - Co... Co on tu robi?!?! - krzyczała mama.
 - Czego chcesz ty zaje***y łamaczu serc!?
 - Tato, daj mu spokój. On już mi tak nie zrobi. Wybaczyłam mu.
 - Cody, do swojego pokoju! - wrzasnął tata. - A ty posłuchaj. Ja tu go nie będe tolerował. Więc albo my, albo on i się wyprowadzasz. - powiedział przez zęby.
 - Przesadzasz... - powiedziała mama do taty. - Uspokój się...
 - Nie! Cicho! Czekam na odpowiedź!
 - Jak tak stawiasz sprawę. To wybieram Justina... - mama wybuchnęła płaczem.
 - Masz dwa dni... - tata i wyszedł trzaskając drzwiami i zabierając mame.
 - Justin...? - powiedziałam pytająco.
 - Jasne, że tak... Mamy w cholere wolnego miejsca w domu... Nie płacz... - przytulił mnie do siebie mocniej. Zaczęliśmy mnie pakować. W tym czasie JB zadzwonił do swojej mamy, która się od razu zgodziła. Wieczorem, wszystko miałam spakowane. Podjechała limuzynka Justina, zapakowaliśmy rzeczy i pojechaliśmy. Widziałam tylko mame pod domem płaczącą, tate który kręcił głową i Codiego skaczącego. Bachor... A niech spieprza. Jeszcze mnie mu zabraknie. Podjechaliśmy do domu Justina. Nie wierzę... Jeszcze wczoraj go nienawidziłam, a dziś z nim mieszkam.
 - Witaj Kati! - przywitała mnie uściskiem mama Justina. - Pomogę ci. Wzięła moje wszystkie rzeczy do łazienki. Justin wziął moją garderobę, a ja wzięłam inne takie pierdołki. Pattie (mama JB) poszła robić kolację. A ja i JB rozpakowywaliśmy mnie. Zajęło nam to półtorej godziny. Zeszliśmy na kolację, Justin usiadł przy stole. A ja i Pattie przyniosłyśmy na stół talerzyki z jajecznicą, herbatkę, dodatki do jajecznicy, chlebek i cukier do herbaty.
 - A ty co, nie pomożesz nam?? - zapytała Pattie obładowana rzeczami na stół. Ja byłam w podobnej sytuacji.
 - A tam, nie trzeba. Mam dwie najważniejsze dla mnie kobiety w domu i to mi wystarczy. - posłał nam słodki uśmiech.
 - Nie myśl, że ci to pójdzie płazem. - powiedziała Pattie. - Później będziemy oglądać twoje zdjęcia z dzieciństwa i będę Kati opowiadać śmieszne historyjki, gdy byłeś mały.
 - Nieee... Kati tego nie chce. - spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem.
 - Nie. Ja z chęcią posłucham i zobaczę zdjęcia z twojego dzieciństwa. - posłałam Justinowi rozbawiony wyraz twarzy.
 - Ehhh... Te baby.
 - Justin, nie popisuj się. - Pattie. - On tak zawsze. Gdy tylko zaprasza dziewczyne, która mu się podoba na obiad, kolacje czy cos takiego, to zawsze się tak popisuje.
 - Rozumiem. Chłopacy tacy są i koniec. Nie wybijemy im tego z głowy...
 - Mam nadzieję, że nie nabroicie mi w nocy. - zaśmiała się Pattie.
 - Nie, napewno nie.
 - Ja nic nie obiecuję. - powiedział chytrze JB.
 - Pattie, mogę spać z tobą?
 - No jasne. Haha.
 - Ha. - powiedziałam do Justina na co Pattie wybuchnęła śmiechem.
 - Justin, jeśli jeszcze raz coś takiego jak kiedyś zrobisz Kati. To dostaniesz szlaban na gwiazdorstwo przez rok i parę innych szlabanów na dłuższy czas.
 - Yyy...
 - Bardzo ją polubiłam.
 - Ja panią też.
 - Nie mów do mnie ,,pani''. Mów mi Pattie.
 - A ja nie mogę! No i gdzie tu sprawidliwość?! - fochował się JB.
 - Tu. - podeszłąm do Bibiego i dałam mu buziaka w policzek.
 - Tylko tyleee...??? - zapytał oburzony.
 - Reszta w nocy. - zaśmiała się Pattie.
 - Przecież śpie z panią... Z tobą Pattie.
 - A no tak.
   Justin zabrał się za jedzenie, nawet się na nas nie patrzył. Jeju... Ale on dużo je. Hah. Może troche urośnie, bo jestem od niego wyższa o 1 cm. Hehe:D
 - Tak na serio śpisz ze mną? Bo nie wiem czy przygotować kolejne poduszki. - szepnęła do mnie Pattie.
 - Nie. - odszepnęłam. - Chciałam się tylko z Justinem drażnić.
 - Dobra, ale jakby co, to wiesz gdzie mam pokój.
 - Dobrze. - puściła mi oczko.
 - O czym szeptacie? - JB właśnie skończył jeść.
 - O tobie jaki BYŁEŚ słodki, gdy się uczyłeś chodzić. - Pattie dała nacisk na słowo ,,byłeś''.
 - A teraz nie jestem?? - zapytał obruszony JB.
 - Jak dla mnie zawsze będziesz małym słodkim Justinkiem. - powiedziała Pattie, a ja dusiłam się ze śmiechu, na co dostałam zielonym groszkiem w głowe. Natychamist się uspokoiłam, bo myślałam, że to Pattie.
 - HAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAH!!! - wybuchnął śmiechem Justin widząc moją mine. Ja i Pattie zaczęłyśmy w niego rzucać groszkiem, ten nie miał się czym bronić, bo prosił sałatke zamiast groszku. Śmiał się jak nienormalne dziecko, miał mutacje, więc to fajnie brzmiało. Ja i Pattie miałyśmy z niego taką podjare, że myślałam, że z krzesła spadniemy.
 - Dobr, dobra. Spokój. - powiedziała w miare opanowana Pattie. - Trzeba teraz posprzątać. - Justinowi mina zrzedła.
 - Muszę iść do toalety. - JB.
 - Nie tak szybko. - Pattie. - Nigdzie nie pójdziesz dopóki nie posprzątasz. Ja już znam twoje triki.
 - Ale ja musze... Strasznie... - jęczał Justin. Aropo, jakie to śliczne imie:*
 - To cie zmotywuje to szybszego sprzątania.
 - Ale...
 - Justin nie marudź!
 - Dobrze mamoo...
   Zaczęliśmy sprzątać. Nieźle było, jak Justin wycierał podłoge zaczął mnie gonić z mopem. Jak zdążyłam wykręcić, a on nie bo był w samych skarpetkach na mokrej podłodze i wleciał w kibel.
 - Apropo. - zamknął drzwi i skorzystał. My przerwałyśmy prace, nie będziemy pracować gdy on się obija. Siedział już tam 5 minut. Wzięłyśmy zapasowy klucz i otworzyłyśmy, Justin siedział i słuchał muzyki w kabinie od prysznica. Było tam sucho. Miał zamknięte oczy, jak się okazało - spał. Wyjęłyśmy mu z uszu słuchawki, wzięłyśmy iPoda i puściłyśmy lodowatą wode prosto na niego. Wyskoczył z kabiny jak by go fanki dopadły.
 - HAAHAHAHAHAHAHAAHAAH!!! - wpadłyśmy z Pattie w niekontrolowany śmiech, w tym czasie Justin wrzucił mnie i Pattie pod wode. - Ejjj!!! - krzyknęłyśmy równo, teraz to on dostał napadu śmiechawki.
 - Ok! Haha. Ej! Haaha. Spokój! - krzyczała Pattie przez śmiech. - Idźcie się przebrać i wracajcie mi pomóc.
 - Dobrzeee... - powiedzieliśmy równo z JB. Weszliśmy na góre. - To może wejdziesz ze mną pod prysznic...
 - Chłopaki mają same zboczone myśli... - prychnęłam i poszłam do swojego pokoju. Wzięłam szybki prysznic, zawinęłam włosy w ręcznik i ubrałam bokserke, dresy do kolan, pantofle no i wiadomo bielizne. Włosy mi już troche wyschły, więc zawiesiłam ręcznik na kaloryferze żeby wysechł, włosy miałam jeszcze troche mokre, ale to nic. Rozczesałam je i poszłam na dół. Justin był bez koszulki w jakiś dresach i pantoflach. Pattie była podobna do mnie, włosy też mokre, rozczesane, tyle że inny kolor ciuchów i ona miała krótki rękawek. Dokończyliśmy sprzątać w miare spokojnie, ponieważ Pattie wzięła się w garść i nas uspokajała.
 - Dobra dzieciaki, na kolacje zamówimy pizze, tylko nie ważcie mi się rzucać jej składnikami... Albo samą pizzą.
 - Ooo... - JB.
 - Nie ooo... Nie chce mi sie później wyczesywać z włosów pepperoni. - ja.
 - Kati ma racje, ja też nie mam zamiaru tego robić. A tobie nie pozwole, bo bym straciła połowe włosów. - Pattie.
 - Nie da się mieszkać z babami...
 - Nie popisuj się! - ja i Pattie. - Hahaah...
   Gdy skończyliśmy rechotać, ja poszłam wysuszyć sobie włosy, Justin chyba też i ubrać koszulke, bo Pattie mu kazała. Pattie zamawiała pizze, powiedziała, że to będzie niespodzianka. Wysuszyłam włosy i chciałam iść na dół do Pattie, w drodze bawiłam się komórką, nagle wpadłam na Justina, on też się bawił komórką i mnie nie zauważył.
 - Yyy...
 - Yyy...
 - Hahahahahahahahahahahaha! - my razem. Jak się uspokoiliśmy to próbowaliśmy wstać, mi się to udało bez oporów, ale JB marudził, że go głowa boli i go musiałam pocałować w łebekXD. Zeszliśmy na dół.
 - Otwórzcie dostawcy i zapłaćcie mu, bo ja ide głowe wysuszyć. Kati, dopilnuj żeby Justin nie otwierał pizzy zanim zejde.
 - Ok.
 - Ooo...
 - To niespodzianka. - ja.
 - Czemu baby mają tą swoją solidarność?! To czyste chamstwo.
 - Po pierwsze... - zaczęłam. - Chłopaki też mają swoją solidarność i jakoś na to nie narzekamy, przynajmniej w większości. Po drugie, jeśli jeszcze raz nas nazwiesz baby, to już nie będzie tak miło. - powiedziałam przez zęby, tak, że chyba nawet Pattie sie przestraszyła. Gdy zobaczyłam ich miny wybuchnęłam śmiechem, Pattie do mnie dołączyła, a JB stał zdezorientowany.
 - Dobra, dość tych śmiechów, Justin, zawsze słuchaj Kati podczas mojej nieobeności... Kati, nie strasz nas... - to ostatnie wypowiedziała z udawanym błaganiem i znów się zaśmialiśmy. JB znów nic nie rozumiał. On jakiś niedorobiony jest czy co? XD.
   Ej słuchajcie. Nie chce mi się kończyć tego bloga. Znacyz nie chce mi się pisać zakończenia. Powiem krótko:
1. Katie zostanie zgwałcona na imprezie.
2. Przez to się powiesi.
3. Justin tego nie bdzie mógł znieść.
4. Będzie u psychologa.
5.I będzie później normalnie żył w związku z Seleną, która jest zajebiście podobna do Katie.
   KONIEC! Narciaaaaa:D.

czwartek, 2 lutego 2012

6.Rozdział...

   Gadałyśmy tak ze 2 godziny. Nastała 20. Nasze plotkowanie przerwało ciche postukiwanie czymś małym w moje okno, prawdopodobnie były to małe kamyczki. Wymieniłyśmy się z dziewczynami przestraszonymi spojrzeniami. Uchyliłam zasłonę, pod moim oknem była znajoma mi sylwetka. Otworzyłam okno i krzyknęłam.
 - Czego chcesz?! - wrzasnęłam do Bimberka.
 - Wpuścisz mnie? - krzyknął szpetem.
 - Nie. - powiedziałam szybko.
 - Chcę cie przeprosić.
 - I przeprosiłeś, ja to odrzuciłam i nara. - miałam zamykać okno kiedy...
 - No proszę wpuść mnie!
 - Wpuść go, my i tak idziemy. - powiedziały baby.
 - Nieee... - miauknęłam.
 - Musimy jest późno.
 - Odprowadze was. - zaproponowałam.
 - Nie trzeba. Patrz mój tata nas podwiezie. Papatki. - wyściskałam się z nimi i powróciłam do okna.
 - No i po co tu jeszcze jesteś? - powiedziałam sucho.
 - Będe tu siedziała dopóki mnie nie wpuścisz! - powiedział podniesionym tonem.
 - No to powodzenia! - zamknęłam okno, wykonałam wieczorne czynności i poszłam spać.

   Obudziłam się wyspana. Na szczęście, ehhh... Przypomniała mi się akcja z Bieberem. Popatrzyłam przez okno, a tam nie ma go. Wiedziałam. Mmm... Sobota. Poszłam do łazienki, skorzystałam z kibelka, wzięłam prysznic i poszłam w ręczniku po ciuchy. Wzięłam rurki, koszulkę z różową panterą i na to marynareczkę w kolorze szarym. Poszłam na dół. Rodziców nie było, ale znalazłam karteczkę na stole ,,Jesteśmy w sklepie. Będziemy około południa. Cody jest z nami. Mama i tata:* '' Z tyłu koślawym pismem było napisane ,,To ja Cody. Sorki za wczoraj. Pa czrownico:)'' Uśmiechnęłam się po przeczytaniu. Włączyłam jakiś program muzyczny i zrobiłam sobie kanapki z chipsami. Do tego cola zmieszana z sokiem pomarańczowym. Wyobrażacie sobie to jako obrzydlistwo, ale w rzeczywistości jest OK. Dobra jakość gawarntowana i testowana w rzeczywistości przeze mnie:D. Zjadłam słuchając muzy. Pozmywałam i postanowiłam, że pójdę na spacer. Ubrałam balerinki i wyszłam. Poszłam jeszcze powąchać kwiatuszki w ogrodzie, patrzę a tam Justin śpi na huśtawce. Ale on słodki gdy śpi... Kurde Katie! Co ty wygadujesz! Trzeba go obudzić... Chwila! Mam pomysł! Przyniosłam szklankę z zimną wodą, podeszłam do niego i CHLUP!
 - Aaa! - krzyknął JB. - Ale zimno...
 - No popatrz... - powiedziałam z ironią.
 - Mówiłem, że będe tu czekał dłuuugi czaaasss... Dobrze wiesz, że ja nie odpuszczę.
 - Lepiej sobie daruj. I tak nic nie zdziałasz!
 - Widzę to. Ty chcesz być ze mną, ale boisz się, że cię zdradze... - powiedział spokojnie.
 - Nie! Ty nic o mnie nie wiesz! Daruj sobie! - wydarłam się na niego. Już miałam iść, ale coś mi kazało zostać. Może to widok mokrego, zmarzniętego nastolatka, ale ja tam nie wiem. Zmarzniętego, bo była wiosna a rano było jeszcze chłodno. Była godzina 9:30. - Wiesz... Chyba masz rację... - powiedziałam nieśmiało. Boshe. Co ja robię?! Przyznaję racje rozpieszczonej gwiazdce?! OMG...
 - Nomm...
 - Przepraszam...
 - Spoko...
 - Chcesz gorącej herbaty?
 - No, a mógłbym?
 - Pewnie. Chodź. - wzięłam za ręke Justina i zaprowadziłam go do łazienki. Zdjął bluze i bluzke, bo tylko to miał mokre i zawiesił ją na grzejniku. Zapomniałam, że cały czas mu mieszam herbate, bo zagapiłam się w jego klate. Wow... Gdy Justin to zobaczył, tylko się zaśmiał pod nosem. Ocknęłam się, obróciłam się do niego tyłem i wróciłam do przerwanego zajęcia. Nagle ktoś mnie od tyłu objął. Tak to był JB bez koszulki.
 - Przepraszam... Nie powinienem był tego robić... - szeptał mi do ucha. - Wybaczysz mi kiedyś? - zapytał nadal szeptem. Obrócił mnie tak, że moja twarz była od niego oddalona o jakieś 2 cm.
 - Za późno... - szepnęłam i zobaczyłam lekkie zawiedzienie na jego twarzy. - Już to zrobiłam. - uśmiech znowu zagościł na jego ślicznej twarzy. Nie pocałował mnie, na szczęście. Chyba wiedział, że tego nie chcę. - Chcesz moją bluzę? - zapytałam, przerywając cisze.
 - Nie trzeba.
 - Tu masz herbatę. - powiedziałam i poszłam do łazienki. Oparłam się o ściane i po niej zjechałam w dół. - Co ja robie... Tata mnie zabije... - szeptałam sama do siebie. Wyszłam z łazienki. W salonie siedział JB, próbował znaleźć coś ciekawego w TV. - Czego szukasz?
 - Masz tu gdzieś Cartoon Network?? - zapytał całkiem poważnie. Wybuchnęłam śmiechem. - No co?
 - Haha... Kanał 237.
 - Skąd wiesz?? Może ty też oglądasz?? - zapytał podejrzliwie.
 - Nie... Tylko jak brat chce mnie zwalić z TV to zamiast nazwy mówi numerek kanału. Więc już się nauczyłam mniej więcej. - pokazałam mu moje całe uzębienie. Usiadłam obok niego, objął mne ręką w pasie. Nie zareagowałam, lecz czułam, że czeka na moją reakcje. Po chwili obrócił się w stronę TV.
 - Która godzina?
 - Mmm... 13. A co? - JB.
 - Zaraz moi rodzice wrócą. Bierz ciuchy i biegiem do mojego pokoju. - bez słowa zrobił to co kazałam. Poszłam do pokoju. JB siedział na łóżku nadal bez koszulki.
 - Mmm... Nie ubrałeś się jeszcze??
 - Ciuchy są jeszcze mokre.
 - Yy. Moja mama idzie.
 - Skąd wiesz...?
 - Słyszę jak zmierza na schody. Pod łóżko.
 - A może by tak ,,prosze''?
 - Później ci to wynagrodze. Biegiem. - wzięłam i wrzuciłam do Justina pod łóżko jego rzeczy. ,,Puk, puk''.
 - Proszę. - zdążyłam otworzyć jakąś książkę i usiąść na łóżku. Gdy rzuciłam się na łóżko usłyszałam cichy jęk Justina. XD To aż taka ciężka jestem??XD
 - Cześć córciu. Jak tam dzień??
 - Mmm... Spoko.
 - Co robiłaś??
 - Obudziłam się, łazienka, zrobiłam sobie śanianie, poszłam na spacer, wróciłam się i zabrałam się za czytanie jakiejś książki. - posłałam jej ciepły uśmiech.
 - Aha, to fajnie, że nie siedziałaś w domu cały dzień. Za godzine obiad. Zawołam cię.
 - Dobrze.
 - Pa.
 - Mhm... - powiedziałam - Justin wyłaź. - krzyknęłam szeptem.
 - To ze mnie zejdź. Nie ważysz 3 gramów.
 - Sorki... - powiedziałam, gdy Justin wygramolił się spod łóżka. - Ubieraj się i wyłaź przez okno.
 - Nie moge zostać...? - zrobił mine Puszka ze Shreka.
 - Nie. Mam niebezpieczeństwo, że brat wejdzie do pokoju.
 - Nie może cie kryć? - zapytał wysokim głosikiem.
 - O prosze cie... Nie żartuj w takiej poważnej chwili.
 - Hahahaha! - wybuchnął basem.
 - Justin, ty przechodzisz mutacje! Hahahaha...!
 - No i??
 - Będe miała się z czego, albo raczej z kogo naśmiewać.
 - Taaakkk?? - przeciągnął to słowo jakby miał jakiś plan. Przytulił mnie od tyłu i zaczął całować po szyi. Nie powiem, że było źle... Było superXDDD.
 - Justin... Co ty robisz...? - powiedziałam dziwnym głosem. Takim... Romantycznym... BUHAHAHAHAHAH! XDXDXD! HAHAHAHAHAHXD! Dobra, ogarXD.
 - A jak myślisz? Powiedziałaś, że mi wynagrodzisz...- powiedział podobnym głosem.
 - No nie wiem... - dalej ten sam głos. Delikatnie położył mnie na łóżko i...

czwartek, 26 stycznia 2012

5. Zdrada...

  Rano obudził mnie mój ukochany znienawidzony budzik z komórki melodyjką ,,One Time'' Justina. Wstałam, wzięłam ciuchy do szkoły, umyłam się i włosy, wysuszyłam włosy, ubrałam się i zeszłam na dół na śniadanie.
 - Cześć mamo, cześć tato!
 - Cześć córciu. - odpowiedzieli równo.
 - A ja to co? - zapytał oburzony Cody.
 - A ty to żaba!
 - Ejjjj!!!!
 - Dobra już nie drzyj mordy, cześć żabo.
 - Cześć czarownico.
 - Co na śniadanie?? - zapytałam wielce głodna.
 - Jajecznica. - podała mi mama śniadanie z uśmiechem.
 - Dzięki.
   Zjadłam, ubrałam na siebie trampki i wyszłam do szkoły. Po drodze spotkałam nikogo innego jak Justina. Ale zaraz, zaraz... Co on robi?! Justin całuje jakąś barbie z naszej szkoły... O nie! To Ashley! Taka jedna krowa z naszej sq o której zapomniałam napisać.
 - J... Jus... Justin... Ty zajebany skurwysynu!!! Jak mogłeś! - krzyknęłam na niego przez łzy, obiegłam nich i skierowałam się do sq.
 - KATIE! TO NIE TAK JAK MYŚLISZ! - usłyszałam tylko za sobą. Nie stać go na coś więcej? Idiota... Wbiegłam do szkoły i od razu pobiegłam do klasy, usiadłam w ostatniej ławce i przez reszte lekcji sie do nikogo nie odzywałam, tylko wytłumaczyłam sytuacje przyjaciółkom i że musze to sama przemyśleć, a one jak to dobre przyjaciółki zrobiły mi kazanie i łaziły za mną przez cały dzień i plotkowały. Po sq pobiegłam do domu, rzuciłam sie na łóżko i zaczełam go wyklinać. Nawet nie zauważyłam, kiedy usnęłam... Śniły mi się zdjęcia Justina; te miłe i te wredne. Obudziłam się. Cały pokój był zasypany bratkami i były w nim bukieciki; bratki, różowe róże lub pierwiosnki. Skąd kurde ktoś wytrzasnął o tej porze roku pierwiosnki?! Nagle obok mnie wysunął się jakby spod łóżka Justin, klęczał.
 - Katie... Czy kiedyś mi to wybaczysz?
 - Nie! - krzyknęłam.
 - Cz... Czemu?
 - Nie obchodzi mnie, że jesteś gwiazdą! W dupie to mam! Jesteś uroczy i słodki, ale tylko przed kamerami! Naprawde jesteś pieprzonym chamem i masz serce jak z lodu! Wynocha!
 - Nie odejde dopóki mi nie wybaczysz... - powiedział lekko zdenerwowany.
 - No to spędzisz tu reszte życia!
 - Ok. Byle blisko ciebie... - próbował rozładować atmosfere.
 - Wypieprzaj stąd! Już!
 - Nie. Nie odejde, dopóki mi nie wybaczysz!
 - Co tu się dzieje?! - wszedł mój wybawiciel, czyli tata.
 - Tato... Weź go stąd... Błagam...
 - Co zrobiłeś mojej córce gadzie?! - tata podniósł Justina za koszulke.
 - Po prostu go stąd weź... - powiedziałam przez łzy.
 - Wynocha! - tata zaciągnął Justina... Bimbera za drzwi. - I jeśli jeszcze raz cię tu zobacze to pożałujesz! - krzyczał tata z dołu. - Jak się czujesz Kati...? - powiedział z troską, gdy wrócił.
 - Wolałabym zostać sama...
 - Dobrze. Jakbyś czegoś potrzebowała to masz mnie i mame... Na Codiego nie masz co liczyć. - tata doprowadził mnie do delikatnego uśmiechu.
 - Dziękuje... - szepnęłam i usnęłam sobie. Śnił mi się Justin całujący się z tą barbie... Obudził mnie mój kochany budzik w komróce... ,,One time''?! Już dawno to powinnam zmienić. Szybko zmieniłam budzik na  ,, Never gonna be alone'' Nickelback'a i powlekłam się na dół.
 - Katie! Co ci się stało?! - krzyknęłam przerażona mama. - Jesteś blada jak duch! Co się stało?!
 - To przez Justina... - powiedział za mnie mój wybawiciel (nadal tata).
 - Nie idziesz dziś do szkoły. Jesteś chora... - powiedziała mama.
 - Chyba psychicznie... - mruknęłam sama do siebie.
 - To jest możliwe... - powiedziałam znów mama.
 - Czarownico! Staciłaś swoją moc?! Haha! Nie jestem już żabą! - powiedział uradowany Cody.
 - Cody! Zostaw siostrę! - krzyknął tata. - Jest załamana, a ty dziś na śniadanie dostajesz płatki kukurydziane.
 - Ooo...
 - Marsz do pokoju się ubrać i ogarnąć. - powiedział stanowczo tata. - Chcesz śniadanie Kati? - powiedział opiekuńczo mój wybawiciel.
 - Nie... Ide jeszcze spać...
 - Dobrze... Ja zostaje dziś w domu... - powiedziała mama.
   Zrobiłam to co mówiłam; poszłam spać...
   Po obudzeniu nic nie czułam. Moje wszystkie emocje wyparowały; miłość do rodziców, rodziny, przyjaciółek, nienawiść do brata, wściekłość i ból po Justinie, wściekłość na Liliane... Po prostu nie czułam żadnych emocji. Dziwne uczucie, ale dobre dla mnie w tej chwili. Nie musiałam po nim płakać. I szczerze, nawet nie chce mi się go wyklinać ani nic na niego mówić. Po prostu moja bajka związana z nim skończyła się. To koniec! Dobra, trzeba żyć dalej. OMG czy ja zaczynam to opłakiwać?! NIE! Która godzina...?Hmmm... 14:00. Za pół godziny moja klasa kończy lekcje. Trzeba się jakoś ogarnąć i zaprosić dziewczyny żeby mi dały lekcje. No więc tak. Poszłam do kibelka (wiadomo po co), wzięłam szybki i orzeźwiający prysznic, umyłam włosy, wysuszyłam włosy, umyłam zęby, ubrałam na siebie rurki po domu i koszulke z Myszką Miki. Makijaż czy bez... Makijaż czy bez... Ah! Dupa mnie makijaż! Po cholere mi on skoro (chyba) dzisiaj nigdzie nie ide. Zeszłam na dół. Mama siedziała w kuchni, piła kawe i czytała gazete.
 - Cześć mamo.
 - Cześć córciu. Jak się czujesz? - zapytała opiekuńczo.
 - Sama nie wiem. Nic nie czuje, ale nie ważne. Zgaduje, że tata w pracy, a gdzie Cody??
 - U kolegi. Nie chciałam żeby ci przeszkadzał... Chcesz coś zjeść??
 - Nie. Albo... Tak, zrobie sobie płatki z mlekiem.
 - Jak chcesz to ja moge ci zrobić...
 - Nie. Nic mi nie jest. Wczoraj ani dziś nic się nie stało. To wszystko minęło. Albo nawet tego nie było.
 - Jak wolisz... Słuchaj jak pójde po Codiego to popilnujesz obiadu?
 - Ok.
 - Aha. Jeszcze jedno. Jak pójde po Codiego to zostane tam z pół godzinki. Jak tata wróci to po mnie zadzwoń, ok? I jakby się coś działo, to też po mnie dzwoń.
 - Ok. Mogę zjeść płatki przed TV??
 - Możesz.
 - Dzięki.
   Zaczęłam pochłaniać, mimo że nie byłam głodna. Ale nie! Nie mogę się zagłodzić. Zjadłam moje płatki i poszłam zadzwonić po dziewczyny. Nawet nie pytałam mamy. I tak by mi pozwoliła przez moją sytuację.
 - Halo? - odebrała Kornelia.
 - Cześć skończyłyście lekcje??
 - Tak, a co?
 - Jesteś jeszcze z Caroline?
 - Tak. Czemu cie w szkole nie było?
 - Później wam powiem. Wbijacie do mnie dać mi lekcje??
 - Ohhh... Myślałam, że na impre. Ale ok. Zaraz będziemy. Pa.
 - No nara.
 - Mamo. Za chwile do mnie przyjdą Koreczek (Kornelia) i Lolcia (Caroline) dać mi lekcje.
 - Zgoda.
 - A kiedy idziesz po Codiego?
 - Za jakieś 2 godziny.
 - Aha. Ok. Idę do siebie.
 - Dobrze, pa.
   Weszłam na twita, oto opis Justina ,,Smutek i rozczarowanie... Błagam wybacz mi'' Aha... - oto była moja odpowiedź w myślach. Nie będe ustawiała opisu. Bo po co? Weszłam na FB, tam JB ma ten sam opis. To mu nic nie da. Weszłam na NK. O! 2 nowe wiadomości! Hmmm... Zaproszenie do gry i ... zaprosznie do znajomych.. Ale kto to jest KiDrAuHl1394. Chwila... Data urodzenia JB :1.3.94r. Kurde i jeszcze to jego nazwa. To on... A co mi tam. Akceptuj. KiDrAuHl1394 dostępny. Nie mam ochoty z nim gadać. Wylogowałam się i zobaczyłam na mojego ulubionego bloga o rybach... Hmmm... Co tu się nowego działo... Nowa akcja przeciw łowieniu ryb... Hmmm... Dołącz do akcji... Co jeszcze...3 nowi użytkownicy: ZłotaRybciaaA123, BańkaBańkaLOL i kufa! KiDrAuHl1394. No ja piernicze! Ciekawe kto się dołączył do mojej akcji ,,Ratujmy rybki!'' Chodzi w niej o to, żeby mniej było zanieczyszczeń w wodzie. O! 5 nowych użytkowników... Bojowniczek001, Złotka71, HankaRybolek1, TwojaŻaróweczkaNR1 i ja piernicze KiDrAuHl1394. Dobra. Spoko. Przynajmniej uratujemy więcej rybek. Nie? Ding, dong! z zamyśleń obudził mnie dźwięk dzwonka. To zapewne dziewczyny... Tak to były one. Błagam żby tylko mnie nie zaczęły pocieszać. Brrr...
 - Siemka! - krzyknęła jak zawsze uradowana Koreczek XD.
 - Cześć. - krzyknęłam już troche spokojniej Lolcia.
 - Cześć baby. Chodźmy do pokoju. - powiedziałam prosto. Kurde, dziwne jest niewyrażanie uczuć.... To takie nowe uczucie jak dla mnie... Dziewczyny dały mi lekcje i zaczęłyśmy gadać...

wtorek, 17 stycznia 2012

4. Wspaniały początek...

***oczami Katie***
   Posiedzieliśmy jeszcze chwile, a potem Justin powiedział, że musi iść. Na odchodne powiedział mi: ,,Słowa, które zaraz powiem nie mówie byle komu... Kocham cię'' - po czym dał mi buziaka i poszedł.
 - On się chyba na serio zmienił... - szepnęłam sama do siebie.
 - Mogę wejść kotku? - mama.
 - Niom wchodź.
 - Jak się czujesz?
 - Już lepiej. A gdzie tata?
 - Nie mogą narazie 2 osoby naraz wchodzić. Tata będzie po mnie. - posłała mi uśmieszek.
 - Aha.
 - Jak tamci sie układa z Justinem?
 - Mamoo...
 - Przepraszam, przepraszam...
   Posiedziałyśmy chwile, potem tata przyszedł. I tak spędziłam kolejne 2 dni w szpitalu... Hmmm... Dziś ze mną wszyscy wyjątkowo długo siedzieli. Lekarz mi zmienił kroplówke i usnęłam...
   Obudziłam się. Siedzieli przy mnie ; Caroline, Kornelia, mama, tata i Chris.
 - Katie!!! - krzyknęli, gdy otworzyłam oczy.
 - Cześć... Gdzie Justin?
 - Nie mógł niestety przyjść... - powiedział smutno i nerwowo Chris.
 - Jak się czujesz? - zapytał tata.
 - A co się stało, że was wszystkich wpuścili?
 - Jesteś 2 dni po operacji. Później będą badania, czy nie masz czegoś uszkodzonego, ale na pierwszy rzut oka jest ok. - tłumaczyli mi na zmiane.
 - Chwila! Czemu ja nic nie wiedziałam o operacji??
 - Bo nerwy z tym związane mogły poprowadzić do utrudnienia operacji.
 - A czemu 2 dni?
 - Tyle leżałaś w śpiączce.
 - Aha...
 - Posiedzieliśmy tak jeszcze chwilke i został tylko Chris, bo go poprosiłam.
 - Chris... Wiesz coś o czym ja nie wiem? Chodzi o Justina... W trakcie rozmowy byłeś podenerwowany i speszony.
 - Katie. Justin miał wypadek...
 - Co?
 - Staranowały go fanki.
 - Nic mu nie jest?
 - Nie. Jak narazie jest ok. Jest bardzo poobijany, nie stwierdzono u niego narazie wstrząsu mózgu.
 - Narazie?
 - No tak. Lekarz powiedział, że takie coś się ujawnia dopiero parę dni później.
 - Gdzie on jest?
 - W sali nr 45.
 - Czyli obok mnie!!! Ja mam 46! Ide do niego.
 - Czekaj. Poprosze lekarza, żeby ci odczepił te wszystkie urządzenia.
 - Ok. Dzięki i szybko.
   Lekarz mnie odczepił od tego dziadostwa i poszłam do Justina.
 - Katie! Jak miło cie widzieć.
 - Mi ciebie też. - przytuliłam go.
   Pogadaliśmy i poszłam do siebie.
Po paru dniach wyszliśmy (ja i JB) ze szpitala. Niby wszystko zapowiadało się dobrze. Dogadywaliśmy się z Justinem. Zaczęło między nami nawet iskrzyć. Aż do pewnego dnia...

niedziela, 15 stycznia 2012

3. Chora...

 - Katie... Katie... Wstawaj. - budził mnie tata. On zawsze mnie budzi osobiście, a nie wołaniem z kuchni.
 - Co...
 - Wstawaj.
 - Która godzina?
 - 6:45. Za chwilę z mamą wyjeżdżamy do pracy. Chcesz iść dziś do szkoły?
 - Chcieć to zawsze nie chce...
 - A jak się czujesz? Wstań zmierze ci temaperature. - usiadłam.
 - Ale mnie głowa boliii...
 - Jesteś cała czerwona. Hmmm... Masz 37 i 2 stopni. Nie idziesz dziś do szkoły. My musimy iść do pracy. Opiekunka dziś będzie.
 - Nie.
 - Co nie?
 - Nie lubie jej. Cody jest jej ulubieńcem, a ona mnie nie znosi.
 - Ok. To dzwonie po Justina. - powiedział wychodząc.
 - Nie... - jęknęłam, ale on mnie już nie słyszał. - Cholera. Ale mnie łeb boliii... ;( - usnęłam sobie.

 - Katie. Katie. Wstawaj.
 - Co znowu. - mruknęłam wtulając twarz w poduche.
 - Wstawaj jest 12. Musisz coś zjeść.
 - Nieee...
 - Tak chodź. Pomogę ci. Aha, jedziemy dziś do lekarza. Twoi rodzice mi zrobili listę i dali twoje klucze.
 - Ktoś ty? - powiedziałam nie odczepiając głowy od poduszki.
 - Hmmm... Może mnie poznasz... Yeah men!
 - Justin nie krzycz...
 - Wiedziałem... Chodź... - wziął mnie na ręce i zeszliśmy na dół. Opiekunka tam siedziała i popijała herbatke.
 - Co wy robicie? Jesteście na to za młodzi!
 - Daj spokój i nie krzycz. - powiedział JB zakrywając mi uszy. - Jest chora. Tylko ją obudziłem. Musi coś zjeść, bo jedziemy za chwile do lekarza. A ty nami nie rządź, bo jesteś starsza tylko o 3 lata.
 - Ehh! Ta dzisiejsza młodzież...
 - Sama rok temu nią byłaś. Chodź Katii. - podprowadził mnie kanapy w salonie i mnie na niej położył. - Czekaj zaraz wracam.
 - Nooo...
   Justin mi przyniósł ciepłą herbatke i małą kanapke.
 - Jak będziesz chciała to mów zrobie więcej. - zjadłam z marudzeniem, potem JB posprzątał, a ja próbowałam sama wejść po schodach. Znalazł mnie w połowie. - Ej Kattuś. - wziął mnie na ręce i zaniósł na łóżko do pokoju. - Co by ci tu ubrać...?
 - Sama sobie poradzę...
 - Albo raczej ubierzesz skarpetki do sandałów. Hmmm... Te dresy rurki. Ta luźna bluzka i... ta bluza...
 - Jest dziś 30 stopni.
 - Raczej ty tyle masz. Ubieraj.
 - Inne spodnie...
 - No to masz te rurki. Czekaj pomogę ci. Masz... Uhhuuu! Stringi!
 - Ehem! - chrząknęłam.
 - Yyy... Ok. Masz tu ... wow... majtki, stanik i skarpetki idź się buierz do łazienki ja czekam. - ledwo się ubarałam, położyłam się na zamkniętym kibelku.
 - Katii... Ty matołku... - Dr. Bieber (XD) mnie podniósł i zaniósł na łóżko. Byłam w samej bieliźnie. Pomógł mi się ubrać i zabrał mnie na dół, a potem do swojej limuzynki. Hehe:D Usnęłam sobie. Poczułam jak mnie przenosi do przychodni. Zarejestrował mnie, usiadł i położył mnie na sobie jakbym była małym dzieckiem.
 - Panna Whilson!
 - Chodź Katie. Twoja kolej.

 - Dobrze może pan wyjść.
 - Ona sobie sama nie poradzi.
 - Mhmm... Dobrze. Co jej dolega?
 - Ma gorączke, jest słaba, sama ledwo się porusza, boli ją głowa. Hmmm... To chyba tyle. Aha. Wczoraj zasłabła na lekcji. A w domu zemdlała.
 - To chyba będzie...
 - Justin nie dobrze mi...
 - Tam jest toaleta. - lekarz pokazał wc dla pracowników, pozwolił nam.  Zrobiłam to co musiałam. <<<nie napisze więcej, bo właśnie jem obiad :D>>> Wróciliśmy. - Proszę. Mokre chusteczki bez zapachowe.
 - Dziękuje za Katie.
 - Proszę. Myślę, że to jest (******) - to było jakieś trudne słowo. - To niezaraźliwa choroba. Spokojnie.
 - Aha.
 - Proszę tu recepta... A na tej kartce będzie wszystko zapisane jak, co i kiedy zażywać. Leki proszę kupić natychmiast, żeby choroba się nie nasiliła.
 - Dobrze. Dziękujemy. Dowidzenia.
 - Oby nie...
 - Co?
 - No chodzi mi oto, żebyśmy się jak najmniej spotykali. No, żeby żadne z was nie chorowało.
 - Aha. Dobrze. Yyyy. Żegnam...?
 - Żegnam...
   Popędziliśmy do apteki, JB kupił to co trzeba i zawiózł mnie do domu. Była 14:15. Dał mi lekarstwa i położył mnie spać...
   Obudziłam się wtulona  w coś, lub kogoś. Domyślacie się, że to był JB.
 - Jak się spało? - zapytał opiekuńczo.
 - A ty co taki nagle miły? - zapytałam hamsko, odunął się troche ode mnie. - Nie nudzi ci się opieka nade mną?
 - Nie.
 - Taaa... Chcesz poprstu mnie w sobie rozkochać, przelecieć, a potem zostawić i o mnie zapomnieć. Jak tak to ma być to lepiej sobie daruj! - opieprzyłam go.
 - Dobra. Jak tak stawiasz sprawe to żegnam. O mojej pomocy możesz zapomnieć! - wyszedł z trzaskaniem drzwi.
 - Co ja narobiłam... - westchnęłam i poszłam na dół. Zchodziłam po schodach i zobaczyłam jak Justin ubierał buty. Poślizgnęłam się i stoczyłam się po schodach. Wszystko mnie zaczęło boleć.
 - Mówiłem, że ci nie pomoge. - usłyszałam oddalający się głos Justina i trzaśnięcie drzwiami.
*** oczami Justina***
 - Nie noo. Nie moge jej tak zostawić. Ale jestem na nią wściekły. Ehh... - gadałem sam do siebie. - Wiem. Pomoge jej i pójdę wściekły. No i zadzwonie po jej psiapsiółeczke.
   Gdy wszedłem do jej domu zobaczyłem ją leżącą z przymkniętymi oczami. Nie była zakrwawiona. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem na kanape. Zadzwoniłem z jej komórki do jej przyjaciółeczki Carolinki. Odebrała po jednym sygnale. Jak się okazało była u niej też Kornelia.
 - Cześć Katii! Co jest?
 - Tu Justin przychodźcie do domu Katie. Coś jej jest.
 - Co?! Już idziemy!
   Przyszły po 5 minutach.
 - Coś ty jej zrobił!?
 - Nawet nie wiecie gdzie jest i co jej się stało.
 - No to mów!!! - krzyczały na mnie na zmiane.
 - No bo... - opowiedziałem im wszystko.
 - Trzeba było od razu jej pomóc!
 - A wy teraz? Gadacie zamiast jej pomagać!
 - No dobrrraaa... Ale się czepiasz... Phy!
   Nic nie odpowiedziałem tylko pobiegłem po samochód, a dziewczyny ją pakowały. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem na tylnie siedzenie...

Coś mi nie pasi to odpowiadanie, więc je kończe i zaczynam noweXD

środa, 11 stycznia 2012

2. Znowu obrót spraw...

 - Co wy tu robicie!? - krzyknęła mama.
 - Mamo! Miałaś wrócić z tatą.
 - Mój kolega miał mały wypadek przy pracy i dla bezpieczeństwa odesłali wszystkich do domów. A wy? Czemu nie w szkole?
 - No bo się słabo poczułam i nauczyciel kazał Justnowi mnie przyprowadzić do domu. Zaopiekował się mną, ja zemdlałam i ... dalej nie pamiętam...
 - Sprawdzałem jej puls i jej serce nie biło, ale jak się obudziła to powiedziała, że w złym miejscu sprawdzałem no i... Katie dokończ. To twoja mama...
 - Tchórz... No i jakoś tak wyszło i ty wróciłaś...
 - Dobra, dobra. Mniej więcej rozumiem. Nie ważne. Zapomnijmy o tym. Katie chodź zmierzę ci temperaturę, a Justin jak chcesz to włącz telewizor, a ja zaraz wam przygotuje obiad.
   Mama mi zmierzyła temperaturę, sprawdziła inne takie tam... <<<była na 3 roku studiów medycznych, ale zrezygnowała>>>
 - Hmmm... Jesteś odwodniona. Jak nie chcesz jechać do szpitala, to pij duuużooo.
 - Ale później będe chodziła co chwile do toalety!
 - Trudno! Szpital czy toaleta?
 - Toaleta...
 - No to masz. - podała mi szklankę wody ze studni. Gdy wypiłam podała mi kolejną, i jeszcze jedną. Potem dała mi herbatkę, potem drugą herbatkę. I jeszcze sok. - No chyba narazie powinno wystarczyć. - popatrzyłam na rozbawioną mine Justina.
 - A ciebie co tak jara? - zapytałam ze wściekłością, nie to nie była wściekłość. To było takie dziwne uczucie... Dawno zapomnianej przyjaźni... Kurde! Co ja pieprze! - Bawi cię to?? To masz! - ostawiłam przed nim 3 szklanki; sok, woda ze studni i inny sok. - Powodzenia. Masz to wypić! 3... 2... 1... START! - jak na zawołanie zaczął pić. Z 3 szklanką już mu tak łatwo nie było.
 - Dobra... wygrałem.
 - O nie, nie. Ja wypiłam 6 szklanek, a ty dopiero 3. - postawiłam mu 1 szkalnkę z herbatą. - No dalej... - ledwo wypił 4. Zaczął 5 szkalnkę z sokiem. Jest w połowie.
 - Ehh... No dobra, a jak powiem, że się poddaje i, że wygrałaś to dasz mi spokój??
 - No ok.
 - To super, gdzie masz toalete??
 - Najpierw się przyznaj!
 - Najpierw toaleta!
 - Najpierw się przyznaj!
 - Najpierw toaleta! - posłałam mu cwaniacki uśmieszek i puściłam wodę z kranu i przelewałam z szklanki do szklanki wodę. - No dobra! Poddaję się! Wygrałaś! Gdzie jest kibelek?!
 - Tam. - pokazałam mu odpowiednią strone. Po chwili usłyszałam ciche ,,aaahhh'' XD!
 - OMG?! Co on tam robi? - szepnęłam sama do siebie. Po chwili wyszedł Justin. - Coś ty tam robił chłopie?
 - A jak myślisz? - objął mnie rękoma w pasie.
 - Umyłeś chociaż ręce?
 - Yyyy... Poczekaj. - wyrwałam się od niego.
 - Czyli jednak nie...
 - Nie! To nie to! Zostawiłem tam komórke! Aaa tam co ja będe kłamał! Zaraz wracam.
 - Taka gwiazdka, a podstaw higieny nie zna...
 - Słyszałem!
 - I dobrze.
 - To też słyszałem!
 - Wiem! Cieszy mnie to!
   Wyszedł z łazienki.
 - To co robimy? - zapytał.
 - A nie wracasz do domu? Masz 5 i pół metra do domu. Dosłownie! Liczyłam kiedyś.
 - Ooo... Mrrr...
 - Chyba raczej grrr... To pa! - zaczęłam iść na góre, popatrzyłam za nim. Stał i robił oczy kota w butach ze Shreka. - Ohh... No dobra chodź do mnie. - wyszczerzył całe białe uzębienie i poszedł za mną.
 - Fajny pokoik!
 - Wiem - uśmiechnęłam się uroczo i zadziornie. Wyszczerzył zęby i zbliżył się do mnie. - Ej! Chcesz żeby było tak jak przed chwilą  z moją mamą?
 - Szczerze... Nie obchodzi mnie to. - zaczął mnie całować.
 - NIE! Znam cie! Ty się mną pobawisz i mnie zostawisz dla jakiejś innej. Pa.
 - Ale...
 - Pa!
 - Będziesz jutro w szkole?
 - Zobaczymy. PA!
 - Ok. Pa złotko.
 - Spierdalaj dziadu... - powiedziałam wkurzona nie na żarty. Byłam zmęczona. Chociaż była dopiero 18. Poszłam do łazienki, wykąpałam się, umyłam włosy i poszłam spać...

poniedziałek, 9 stycznia 2012

1. Obrót spraw...

 - Katie, pobudka! - usłyszałam głos mamy z dołu.
 - Już wstaję!
   Obudziłam się i jak co rano popatrzyłam na plakaty Justina Biebera w moim pokoju, codzień patrzyłam na nie z miłością, dziś z lekkim obrzydzeniem ,,No nic, może się źle czuję'' pomyślałam. Poszłam wziąć prysznic, wymyłam żeby, ubrałam na siebie czarne leginsy, szarą tunikę z krótkim rękawem i fioletowe błyszczące bolerko.
 - Co na śniadanie? - zapytałam.
 - Przepraszam. Dzisiaj nie zdążyłam wam zrobić śniadania. Za późno się obudziłam. Zrób sobie i bratu śniadanie i odprowadź go do szkoły, o opiekunka zachorowała. Muszę już jechać do pracy. Papa! - powiedziała. - Nie zapomnij obudzić brata! - dodała na odchodne.
 - Taa... Pa. - zamruczałam sobie pod nosem. Przygotowałam na śniadanie zimne mleko z platkami kukurydzianymi. Przyszedł mój brat, Cody.
 - Ej! Gdzie mama i gdzie są moje płatki czekoladowe?! - zapytał oburzony.
 - Mama w pracy, a płatki są tylko kukurydziane. I tak już jesteś za gruby!
 - To zrobię głodówke!
 - A proszę! Nikt ci nie broni! I tak pękniesz... - powiedziałam po czym zaczęłam jeść. Nie mlaskałam ani nie zachwycałam się jedzeniem, nie miałam siły droczyć sie z moim bratem. - Zjedz to proszę. Nie mam dziś siły do niczego.
 - A mleko mogę posłodzić cukrem?
 - Nooo...
   Po śniadaniu Cody poszedł się przygotować do szkoły, a ja mu robiłam śniadanie.
 - Cody! Rusz się, bo się zpóźnimy!
 - Ideee!
   Dziś ubrałam cienki płaszczyk wiosenny i ładne półbucikiXD Całą drogę do szkoły szliśmy w ciszy. Jego szkoła była po drodze do mojej.
 - To nara. - rzucił szybko.
 - No narka.
   Gdy dochodziłam do szkoły czekała tam na mnie Caroline i Kornelia. A po drugiej stronie wejścia puszczał mi oczko Justin z kolegami i gwizdali na mój widok. Nie zwracałam na to uwagi.
 - Cześć! - krzyknęły do mnie.
 - Siemka.
 - No to co laska. Masz dzisiaj czas dla gwiazdorka...? - objął mnie od tyłu JB, normalnie bym powiedziała tak...
 - Nie! Spadaj gnojku. - mina dziewczyn wyglądała tak: O_o?!?! WTF?!?! Odeszłam od niego, a dziewczyny za mną. Lekcje minęły dość nudno. Nie miałam dzisiaj siły uważać.
 - Panno Katie. Co się stało, że taka pilna uczennica dziś nie uważa na lekcjach? <<<zapomniałam dodać, że jestem kujonem, ale fajnym, daję ściągać, ludzie lubią mnie też za charakter>>>
 - Mmm... Sama nie wiem. Przepraszam. Już będe uważać.
 - Mhmm... - nauczyciel dziwnie się na mnie popatrzył tak jak reszta klasy, ale po chwili zajęli się lekcją<<<co ja wygaduję tylko parę osób uważało na lekcji>>> Po chwili nauczyciel zobaczył jaka jestem blada.
 - Kto mieszka najbliżej Katie?
 - To ja proszę pana. Mieszkam obok niej. - powiedział JB.
 - Dobrze. Justin jesteś dziś zwolniony z reszty lekcji. Idź z Katie do domu i się nią zaopiekuj dopóki nie przyjdą jej rodzice.
 - Ok. - powiedział i zaczął mnie pakować. Wziął mój plecak na plecy, a mnie jakoś podniósł z krzesła. Zobaczył, że ledwo na nogach się trzymam, więc wziął mnie na ręce. Poszliśmy do mnie.
 - Masz klucze?
 - Mam. - powiedziałam ledwo żywa.
 - Gdzie?
 - W plecaku.
   Otworzył drzwi i położył mnie na kanapie, włączył TV i poszedł do kuchni. Przyniósł mi z kuchni wodę, sok, 2 kanapki; jedna z serkiem białym i ze szczypiorkiem, a druga z serkiem żółtym i pomidorkiem.
 - Do wyboru do koloru! - powiedział z miłym i opiekuńczym wyrazem twarzy. Chyba poraz pierwszy tak na mnie spojrzał odkąd uderzyła mu do głowy woda sodowa przez gwiazdorstwo.
 - Dziękuje. - wymamrotałam tylko, bo nie miałam siły się z nim przedrzeźniać tak jak rano z bratem.
 - Proszę... Nie wiesz kiedy wrócą twoi rodzice?
 - Nie wiem...
 - A brat?
 - Po szkole idzie dziś do kolegi na noc dlatego wziął drugi plecak.
 - A rodzice około której wrócą?
 - Pewnie około 17, może 18.
 - Ahha... - posłał mi cwaniacki uśmieszek i zaczął mnie całować i dobierać mi się do bluzki.
 - Spadaj cioto... - kopnęłam go w krocze.
 - Chyba należy mi się coś za pomoc.
 - Jak tak to ma wyglądać to sama bym sobie poradziła... - i stała się ciemność...

   Obudziłam się sama w domu, obok siedział Justin, który był blady jak ściana. Popatrzył na mnie swoimi cudnymi, brązowymi oczami.
 - Ty żyjesz?!
 - Nooo... Wiem. Niezbyt pocieszająca wiadomość. Ale nie martw się w domu jest dużo urządzeń zdolnych do zabicia.
 - Nie! Ja tylko... No bo... Tobie serce nie biło...
 - A gdzie sprawdzałeś bicie serca?
 - No ten... Nie chciałem cie po cyckach macać. Więc ci sprawdzałem puls na szyi...
 - W tym miejscu (pokazał mi na gardło).
 - Ty idioto to się sprawdza tu... (pokazałam mu odpowiednie miejsce). - zbliżyliśmy sie do siebie no i oczywiście pokazowy koniec rozdziału. BUZIAK!
 - Co wy tu robicie!? - krzyknęła mama. CDN...

Hehe! Niezły moment sobie wybrałam, co nie ?XD